O nas

Ewa i Marcin. Od 9 do 17 Pani Key Account Manager i Pan Programista, a po pracy wspinaczkowi zapaleńcy, podróżnicze dusze i góroholicy. Na blogu polecamy fajne miejscówki blisko natury, ciekawe górskie szlaki i zapraszamy w najpiękniejsze rejony wspinaczkowe.

Ponadczasowy wspin w Sokolikach

Jakiś czas po tym, jak zaczęłam chodzić po Tatrach marzyłam o tym, żeby cofnąć się w czasie o jakieś 50 lat. Po co? Bo wyobrażam sobie, że wtedy wyjazdy w Tatry miały zupełnie inny klimat. Bez kolejek na Kasprowy, czy Giewont, bez tłumów pod Morskim Okiem, ze schroniskami, gdzie po ośmiogodzinnym treku znajdziesz miejsce, żeby usiąść, odpocząć i zjeść. Wyobrażam sobie, że 50 lat temu w naszych górach panował dużo większy spokój. Po górach poruszali się ich miłośnicy. Nastawieni na podziwianie surowej natury, z pokorą poruszający się po szlakach. Nie było Sebków w adidasach na Orlej, ani Grassik w koturnach na asfalcie do MOKa.

W ostatni weekend udało mi się przenieść w czasie. Nie były to co prawda Tatry, a Góry Sokole. Udało się to dzięki pobytowi na campingu Tabor pod Krzywą. Jak to możliwe?

Po pierwsze, camping powstał w 1986 roku i został założony przez KW Wrocław. Na tym campingu przez lata przewinęło się wielu wspaniałych wspinaczy. Pierwsze kroki wspinaczkowe stawiali w Górach Sokolich, między innymi takie osobistości jak Krzysztof Wielicki, czy Wanda Rutkiewicz. Sama świadomość, że oni tu byli i spędzali czas tak samo jak my sprawia, że miejsce wydaje się wyjątkowe.

Po drugie, camping leży w lesie. Oczywiście jest do niego dojazd, ale jest to droga nieutwardzona. Jadąc nią wśród tumanów kurzu, jakieś 15 razy chcieliśmy zawrócić, bo wydawało nam się, że dalej już nic nie ma. Na trasie trzymały nas tylko powieszone co jakiś czas drewniane tabliczki w kształcie strzałki z nazwą campingu.

Po trzecie, jest to camping wspinaczkowy, a co za tym idzie 100% osób, które były na tym campingu przyjechały na skałki. Mam wrażenie, że z każdym można nawiązać kontakt w jakieś 3 sekundy pytając “jak się dziś wspinało?” albo “gdzie zamierzacie się jutro wspinać?”. Co noc było rozpalone ognisko, niektórzy śpiewali przy akompaniamencie gitary. Czasy poszły naprzód i oprócz standardowego Perfectu i Budki Suflera była nawet Lady Gaga i Shala-lalalalalalala-low.

No i po czwarte, sam wygląd campingu. Nierówny, naturalny teren, drewniane podesty na namioty, drewniane domki, zlewy na zewnątrz, mały drewniany kibelek (który wcześniej na bank był wychodkiem z dziurą w ziemi), no i brak elektryczności. Oprócz takich udogodnień jak bieżąca woda, dostęp do kuchenek gazowych i zimne piwo do kupienia u pana, można zupełnie odciąć się od cywilizacji. A najbardziej niesamowity widok był nocą! Tak się złożyło, że musiałam wyjść z namiotu o 3:20 i moim oczom ukazał się przepiękny obraz: cienie wysokich choinek na tle rozgwieżdżonego nieba i blask księżyca padający na ciche pole namiotowe. Coś pięknego.

Opis dróg

Podejście w skałki trwa ok 15 minut. Jest dość strome, więc rozgrzewkę mieliśmy zaliczoną. Rozpoczęliśmy chyba jedną z bardziej ciekawych propozycji regionu, a mianowicie droga Prawy Komin za V. Droga wiedzie w pięknym lekko połogim kominie, wysokim na około 20 metrów. Pierwsza wpinka jest dosyć wysoko, więc wzmożona ostrożność jest wskazana. W trakcie wspinaczki można znaleźć kilka miejsc, w których na spokojnie można odpocząć w pozycji no-hand. Najbardziej ekscytującym momentem drogi jest jej końcówka, kiedy to należy stanąć w rozkroku, opierając nogi o dwie przeciwległe ściany, mając pod sobą widok na pokonana drogę. Gdy w końcu cali zestresowani tymi powietrznymi akrobacjami robimy ostatnią wpinkę, możemy odetchnąć i nacieszyć się krajobrazem. A jest czym. Przy dobrej pogodzie widać cały Główny Grzbiet Karkonoszy, w tym najwyższy punkt Śnieżkę, a wokół Jelenią Górę i okolicę.

Warte spróbowania są drogi na zachodniej ścianie Sukiennic – Przełyk (VI) oraz Rój Hektora(VI). Obydwie zaczynają się od podejścia po dwóch rysach po czym przechodzą w piękne, techniczne wspinanie. Wstawiliśmy się również w Rysę Zegarową za VI+, jednak z cruxem, pojawiającym się w połowie drogi przyjdzie nam się zmierzyć kolejnym razem.Na koniec przenieśliśmy się na Sokolik Duży, gdzie poprowadziliśmy Wariant Małolata, wykorzystując jednak lewy kant (VI), co jest nieco łatwiejsze niż wariant na wprost (VI+).W następny dzień skupiliśmy się na formacji Chatka w rejonie Sukiennic. Udało się poprowadzić Środek Chatki (VI), z wymagającym ruchem do podchwytów ponad drugą wpinką. Spróbowaliśmy drogi Chatka Puchatka (VI-) oraz Lewego Prostowania (VI) z wymagającym bulderem na samym początku drogi. Najwięcej zabawy jednak było przy drodze Ogon Żubra (VI+), która rozpoczyna się po małych i ostrych krawądkach.

Najciekawsza jest jednak końcówka, którą zrobiliśmy na tzw. misia – czyli niczym panda obejmując obły głaz i pomału wczołgując się do stanowiska. Mało to efektowne i eleganckie ale śmiechu co niemiara.

Podsumowanie

Wspinanie w Sokolikach charakteryzuje się przede wszystkim dobrym tarciem. Na drogach wykorzystuje się stopnie których nie ma, a jednak noga stoi i ani drgnie. Oczywiście chwile zajmuje zanim się w to uwierzy. Nam pomagał uwierzyć Tom- nasz trener (byliśmy na wyjeździe sekcyjnym). Do niego należał też wybór dróg. I były to bardzo ciekawe propozycje.

Co warto wiedzieć?

Żeby dojechać na Tabor nie wpisujcie jego nazwy w mapy google. One go błędnie lokalizują. Trzeba wpisać: ul. Kościelna, Karpniki i jechać przedłużeniem tej ulicy najpierw przez pole, a potem przez las aż dotrzecie do polany, na której jest pole namiotowe.

Kolejna sprawa to zaopatrzenie się w dobry przewodnik My oprócz wiedzy Toma korzystaliśmy z topo “Góry Sokole” Michała Kajcy. Drogi, które wybraliśmy na pierwszy raz to pozycje polecane. Przeglądając przewodnik można zauważyć, że wiele dróg to klasyki, więc nie możemy doczekać się kolejnego wyjazdu!